niedziela, 12 października 2014

"Różowy Parasol"

           Dobra przyznaje się bez bicia dawno nie pisałam. Jednak całą odpowiedzialność zrzucam na mojego biednego chłopaka (kocham Cię <3 ), który jednak odkupił swoje winy inspirując mnie w kilku projektach. Mam nadzieję, że będę mogła wrzucać częściej niż ostatnio. To opowiadanie powstało w dużej mierze dzięki mojej wspaniałej przyjaciółce Zosi i wyżej wymienionemu chłopakowi. Mam nadzieje, że będzie w miarę strawne :P Miłego czytania :D




                                                                       "Różowy Parasol"

   Pada. Tutaj jest to częste zjawisko. Możliwie, ze kiedyś nawet miało swój urok, jednak aktualnie przeszło w obrzydliwą rutynę. Ludzie stali się zimni jak przenikający ich wiatr, a na twarzach mieli wypisaną udrękę i znużenie. Mimo to, codziennie o tej samej porze działo się coś co ogrzewało ludzkie serca i malowało uśmiech. Był to Różowy Parasol. A konkretnie chodzi tu o jego właścicielkę. Do tej pory nie wiem jak jej na imię, właściwie to nikt tego nie wie. Dla każdego członka naszego społeczeństwa była od zawsze Różowym Parasolem i tak już zostało.
   Dziewczyna zaczynała urozmaicanie szarego życia sąsiadów o godzinie dziewiątej, wtedy z domu wyłaniał się parasol, zaraz po nim drobniutka właścicielka w kaloszach. I uśmiech. Naprawdę ogromny i szczery. Tak jasny w porównaniu z szarością otoczenia. Wystarczyło jedno spojrzenie na niego, by zrobiło się cieplej. Na tym się nie kończyło, bowiem Różowy Parasol wyruszała na spacer. Skakała od kałuży do kałuży, łapała żaby, śmiała się i wręcz tańczyła między kroplami deszczu. Zachwycało ją wszystko. Emanowała pozytywną energią i chcąc nie chcąc zarażała nią każdego na swojej drodze.
   Jednak pewnego dnia coś się zmieniło. Ktoś zapragnął dołączyć do spacerującego szczęścia. Był to chłopak. Nazwałam go Niebieskim Parasolem. Obserwował on dziewczynę idąc zawsze kilka kroków za nią. Emanował miłością i uwielbieniem. Jednak nie potrafił się do niej zbliżyć. Zawsze, gdy był już bardzo blisko wycofywał się. Nie trwało to jednak wieczność. Pewnego dnia pokonał strach i zbliżył się. Na początku to była walka. Przez kilka dni dziewczyna była surowa i twarda. Jej słowa i postawa cięły bardziej niż miecz. On brał to wszystko znosił i nie ustępował. Walczył, aż pewnego dnia przerodziło się to w taniec. Niesamowite widowisko pełne emocji i uczuć. Wpatrzeni w siebie jakby nic więcej się nie liczyło. Ona jak baletnica kręciła się w śród kropel, a on niczym bezpieczna przystań tuż przy niej, by nic nie mogło się stać. Teraz codziennie widać dwa parasole różowy i niebieski. Tańczą razem wśród kropel deszczu pozostawiając w ludzkich sercach ciepło. A z tego co mi wiadomo za niedługo pojawi się trzeci. Ciekawe jaki będzie mieć kolor i ile szczęścia wniesie ze sobą na tą szarą ulicę.

czwartek, 15 maja 2014

"Miłość i muzyka na pokładzie Titanica"


Proszę PW usunięte, a tu nowy post tak jak obiecałam. Natchnęła mnie do niego moja ukochana przyjaciółka i siostra <3 Mam nadzieje, że Wam się spodoba. Życzę miłego czytania :D


                                             "Miłość i muzyka na pokładzie Titanica"


            Ona uwielbiała jak grał.  Potrafił bowiem wyczarować niesamowite melodie. A wszystko zaczynało się już od pierwszego dźwięku. Zawsze było to jedynie delikatne muśnięcie klawisza, potem następowała krótka cisza. To właśnie wtedy w jego głowie rysował się początek melodii. Lubiła tę ciszę. Napawała ją dreszczem ekscytacji i oczekiwaniem na kolejną porcję magii. Gdy pojawiały się kolejne dźwięki jej serce miękło, a oczy stawały się szklane. Muzyka, która wydobywała się z fortepianu wzruszała i porywała do krainy niezwykłych emocji, dlatego kiedy patrzyła jak on kołysze się  wraz  ze stworzoną przez siebie melodią zaczynała śpiewać. Pozwalała, by i ją porwała magia muzyki. Potrafiła godzinami siedzieć z nim w kajucie i tworzyć. Czasem otwierała bulaj, aby szum morskich fal oraz rześkie, słone powietrze natchnęło ich nową inspiracją. Kiedy kończył grać patrzył jej w oczy. Tak jakby widział ją po raz pierwszy. Było to przecież tak niedawno!
                Poszukiwała pracy, więc zaciągnęła się na statek. Co prawda nigdy nie chciała śpiewać do kotleta, ale ta oferta dawała jej szansę na porzucenie niepewnego życia. On trafił na statek przypadkiem. Jedyne co posiadał to muzyka, więc by zarobić na chleb grał. Najczęściej w podrzędnych knajpach. Lecz to właśnie w jednej z nich zauważył go pewien mężczyzna. Przedstawił się jako "zdesperowany armator niezwykłego odkrycia w turystyce wodnej". Tak oboje znaleźli się na tym statku. Tuż przed wypłynięciem z powodów organizacyjnych kazano zebrać się muzykom w sali balowej. On przyszedł jako pierwszy, aby wczuć się w klimat przyszłego miejsca pracy. Niedługo potem weszła ona. Gdy ich spojrzenia się spotkały stało się coś niezwykłego. Cały świat przestał się liczyć. Byli tylko oni wpatrzeni w siebie, jakby znali się od dawna. Nie mówili nic. On usiadł przy fortepianie i zaczął grać ciągle patrząc jej w oczy. Dźwięki z początku delikatne i ciche zaczęły przybierać na sile. Muzyką wyrażał swoje uczucia. Ona nie pozostała na to bierna. Pozwoliła, by jej czysty głos zgrał się z melodią.
                Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. I to przekazywał w swym spojrzeniu. Trwało to tylko chwilę, ale więcej nie potrzebowali. Zwłaszcza, że przygotowywali sie do kolejnego występu. Kapitan powiedział im jeszcze o dużym prawdopodobieństwie napotkania gór lodowych. Tak bardzo chcieli je zobaczyć! Oboje szczęśliwi, zakochani i pewni jutra. Nieświadomi, że będzie to ich ostatni występ.

wtorek, 13 maja 2014

I znów wśród żywych!! :D

Wiem, że trochę przeciągnęłam zawieszenie bloga, ale nie miałam na nic czasu. W najbliższych dniach powinien pojawić się nowy post!! :D
Aha i jeszcze jedna sprawa. Chciałam kontynuować PW ale jak tylko zaczęłam to czytać, tak do tej pory siedzę i się z tego śmieję xD Ciągle się zastanawiam jak mogłam napisać coś takiego, dlatego w najbliższych dniach usunę PW z bloga :3 oczywiście obiecane krótkie opowiadanka będą przesłane do czytelników. ;)

niedziela, 16 marca 2014

Chwilowe Pożegnanie

  Mam smutne ogłoszenie. Zawieszam bloga. Nie na zawsze ;) Jedynie do egzaminów. Czyli na początku Maja wszystko znów rusza!! :D Postaram się wtedy wrzucić wszystkie zaległości. Nie zapomnijcie o mnie do tego czasu. Papa <3

czwartek, 30 stycznia 2014

"Dziewczynka z zapałkami"



               Wiem, że dawno nic nie dodawałam, ale wena mnie opuściła. Pamiętam jednak o wszystkich zamówieniach i dłuższych opowiadaniach. Niestety mam w tym roku egzaminy, >.< więc posty będę dodawać dużo rzadziej :(
                   To konkretne opowiadanie tak jak i ostatnie jest z życia wzięte :P (Tak wiem, mam dziwne życie .-.) No może trochę pozmyślałam w końcówce. W każdym razie życzę miłego czytania. :D

                                                       "Dziewczynka z zapałkami"

      Pierwszy dzień świąt. Śniegu jak nie było tak nie ma. Marudząc pod nosem spacerowałam z psem dookoła bloku. W pewnym momencie mój wzrok przykuła mała dziewczynka siedząca na schodach prowadzących na parking. Ubrana była odpowiednio do pogody. Jedyne co rzuciło mi się w oczy to czapka z wielkim różowym pomponem i plecak w kształcie misia. Dziewczynka popłakiwała cicho oraz co jakiś czas zerkała w stronę podjazdu. Ścisnęło mnie lekko w żołądku. Znam tą małą. Mieszka w klatce obok. Jej rodzice się rozwiedli, więc każdy weekend i święto spędza z tatą. W mojej głowie od razu pojawiło się kilka teorii. Może jej tata się spóźnia? (po zmarzniętej buźce małej stwierdziłam,  że już co najmniej godzinę) Lub właśnie przyjechała, ale nie zastała nikogo w domu? Stałam pewien czas w rozterce, czy nie powinnam czasem do niej podejść i zapytać czemu siedzi sama, zaproponować herbatę albo coś w tym rodzaju.  Mój pies jednak nie zamierzał czekać na moją decyzję i pociągnął mnie dalej. Chcąc nie chcąc musiałam odejść. Obiecałam jednak sobie, że jeśli dziewczynka dalej będzie siedzieć na schodach w czasie mojego powrotu do domu, to zagadam do niej. Nie doczekałam się jednak tej chwili. Kiedy byłam w połowie drogi minęłam się z małą. Szła dzielnie przed siebie ocierając łzy. Nie wiedziałam dokąd idzie. Uznałam, iż pewnie tata do niej zadzwonił z informacją, że czeka na nią w innym miejscu niż zwykle. Posłałam jej tylko słaby uśmiech i poszłam do domu. Dopiero następny dzień odkrył jak wielkim moim błędem było to, że nie zagadałam do dziewczynki. Okazało się, że nie wróciła do domu. Nie było jej ani z mamą, ani z tatą. Przepadła jak kamień w wodę. Nie znalazła się do dziś, a mną targają wyrzuty sumienia i jedno pytanie: "Czy jakbym jednak do niej podeszła, dziś byłaby w domu?"