Wiem, że dawno nic nie dodawałam, ale wena mnie opuściła. Pamiętam jednak o wszystkich zamówieniach i dłuższych opowiadaniach. Niestety mam w tym roku egzaminy, >.< więc posty będę dodawać dużo rzadziej :(
To konkretne opowiadanie tak jak i ostatnie jest z życia wzięte :P (Tak wiem, mam dziwne życie .-.) No może trochę pozmyślałam w końcówce. W każdym razie życzę miłego czytania. :D
"Dziewczynka z zapałkami"
Pierwszy dzień świąt. Śniegu jak nie było tak nie ma.
Marudząc pod nosem spacerowałam z psem dookoła bloku. W pewnym momencie mój
wzrok przykuła mała dziewczynka siedząca na schodach prowadzących na parking.
Ubrana była odpowiednio do pogody. Jedyne co rzuciło mi się w oczy to czapka z
wielkim różowym pomponem i plecak w kształcie misia. Dziewczynka popłakiwała
cicho oraz co jakiś czas zerkała w stronę podjazdu. Ścisnęło mnie lekko w żołądku. Znam tą małą.
Mieszka w klatce obok. Jej rodzice się rozwiedli, więc każdy weekend i święto
spędza z tatą. W mojej głowie od razu pojawiło się kilka teorii. Może jej tata
się spóźnia? (po zmarzniętej buźce małej stwierdziłam, że już co najmniej godzinę) Lub właśnie
przyjechała, ale nie zastała nikogo w domu? Stałam pewien czas w rozterce, czy nie powinnam czasem do niej podejść i
zapytać czemu siedzi sama, zaproponować herbatę albo coś w tym rodzaju. Mój pies jednak nie zamierzał czekać na moją
decyzję i pociągnął mnie dalej. Chcąc
nie chcąc musiałam odejść. Obiecałam jednak sobie, że jeśli dziewczynka dalej
będzie siedzieć na schodach w czasie
mojego powrotu do domu, to zagadam do niej. Nie doczekałam się jednak tej
chwili. Kiedy byłam w połowie drogi minęłam się z małą. Szła dzielnie przed
siebie ocierając łzy. Nie wiedziałam dokąd idzie. Uznałam, iż pewnie
tata do niej zadzwonił z informacją, że czeka na nią w innym miejscu niż
zwykle. Posłałam jej tylko słaby uśmiech i poszłam do domu. Dopiero następny
dzień odkrył jak wielkim moim błędem było to, że nie zagadałam do dziewczynki.
Okazało się, że nie wróciła do domu. Nie było jej ani z mamą, ani z tatą.
Przepadła jak kamień w wodę. Nie znalazła się do dziś, a mną targają wyrzuty
sumienia i jedno pytanie: "Czy jakbym jednak do niej podeszła, dziś byłaby
w domu?"