czwartek, 30 stycznia 2014

"Dziewczynka z zapałkami"



               Wiem, że dawno nic nie dodawałam, ale wena mnie opuściła. Pamiętam jednak o wszystkich zamówieniach i dłuższych opowiadaniach. Niestety mam w tym roku egzaminy, >.< więc posty będę dodawać dużo rzadziej :(
                   To konkretne opowiadanie tak jak i ostatnie jest z życia wzięte :P (Tak wiem, mam dziwne życie .-.) No może trochę pozmyślałam w końcówce. W każdym razie życzę miłego czytania. :D

                                                       "Dziewczynka z zapałkami"

      Pierwszy dzień świąt. Śniegu jak nie było tak nie ma. Marudząc pod nosem spacerowałam z psem dookoła bloku. W pewnym momencie mój wzrok przykuła mała dziewczynka siedząca na schodach prowadzących na parking. Ubrana była odpowiednio do pogody. Jedyne co rzuciło mi się w oczy to czapka z wielkim różowym pomponem i plecak w kształcie misia. Dziewczynka popłakiwała cicho oraz co jakiś czas zerkała w stronę podjazdu. Ścisnęło mnie lekko w żołądku. Znam tą małą. Mieszka w klatce obok. Jej rodzice się rozwiedli, więc każdy weekend i święto spędza z tatą. W mojej głowie od razu pojawiło się kilka teorii. Może jej tata się spóźnia? (po zmarzniętej buźce małej stwierdziłam,  że już co najmniej godzinę) Lub właśnie przyjechała, ale nie zastała nikogo w domu? Stałam pewien czas w rozterce, czy nie powinnam czasem do niej podejść i zapytać czemu siedzi sama, zaproponować herbatę albo coś w tym rodzaju.  Mój pies jednak nie zamierzał czekać na moją decyzję i pociągnął mnie dalej. Chcąc nie chcąc musiałam odejść. Obiecałam jednak sobie, że jeśli dziewczynka dalej będzie siedzieć na schodach w czasie mojego powrotu do domu, to zagadam do niej. Nie doczekałam się jednak tej chwili. Kiedy byłam w połowie drogi minęłam się z małą. Szła dzielnie przed siebie ocierając łzy. Nie wiedziałam dokąd idzie. Uznałam, iż pewnie tata do niej zadzwonił z informacją, że czeka na nią w innym miejscu niż zwykle. Posłałam jej tylko słaby uśmiech i poszłam do domu. Dopiero następny dzień odkrył jak wielkim moim błędem było to, że nie zagadałam do dziewczynki. Okazało się, że nie wróciła do domu. Nie było jej ani z mamą, ani z tatą. Przepadła jak kamień w wodę. Nie znalazła się do dziś, a mną targają wyrzuty sumienia i jedno pytanie: "Czy jakbym jednak do niej podeszła, dziś byłaby w domu?"